foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

Z przykrością informujemy, że dnia           2 stycznia 2020 odeszła Kinga Jancelewicz. Ceremonia pogrzebowa, która odbędzie się w czwartek 9.01, rozpocznie się od wystawienia urny w kaplicy na cmentarzu w Gdańsku Oliwie o 11:30.                     Pogrążona w smutku rodzina


 
 
 

O artystce

Wszystkie barwy świata

Świat bursztynu według Kingi Jancelewicz

Biały domek z drewnianymi okiennicami, a obok iglaki, drzewa owocowe, pola, stawy i śpiewające ptaki. Wewnątrz domku niewielka pracownia: stolik, palnik, wiertarka i kiwety z pociętym bursztynem. Kinga przegląda je, wybiera te najładniejsze kawałki.Świat bursztynu według Kingi Jancelewicz

- Lubię bursztyny najciekawsze są te z domieszką kredy, ale lubię też sklejkę - wyjaśnia szczupła, rudowłosa, uśmiechnięta kobieta.

Jej zdaniem palonych, podgrzewanych kawałków złocistej żywicy nie powinno się nazywać bursztynem, bo pod wpływem ciepła zmienia się jego struktura. Wielu wytwórców z bursztynu robi landrynki oprawiane w srebro, poprzez podgrzewanie wydobywa łuski i wmawia klientom, że to piękne. A dla Kingi prawdziwy bursztyn, to tylko ten wydobyty z morza i najwyżej lekko oszlifowany.

Bogactwo kolorów

Kiedyś ktoś podarował Kindze przecięty kawałek bursztynu.

- Były na nim niemal wszystkie barwy świata - wspomina Kinga. - Nie wiem jak to możliwe, ale natura wykonała coś co przypominało obrazy Picassa.

Bursztynowa przygoda Kingi Jancelewicz, dzisiaj mieszkającej we wsi Roztoka, zaczęła się jakieś dwadzieścia lat temu. Kiedy to jubilerstwa uczyła się w pracowni trójmiejskiego plastyka Janusza Wosika, zrobiła z bursztynu jabłko. Było trochę białe, trochę żółte, miejscami przechodziło w pomarańcz, ale miało też kilka ciemnych plamek z kory pozostawionej na powierzchni kamienia. Osoba zamawiająca ów owoc nie chciała go przyjąć, twierdziła że nie lubi robaczywych jabłek. Bo te plamki kory wyglądały jak dziurki wygryzione przez robaki.

Od tego czasu wszystkie prace Kingi inspirowane są przyrodą.

- Zafascynował mnie świat roślin - zwierza się Kinga. - Tam są gotowe wzory. Nie staram się natury naśladować, lecz przedstawiam ją tak, jak ją widzę.

Kolie, pierścionki, jak kwiaty

- Nie lubię masówki, bo to nie jest biżuteria, tylko galanteria ozdobna - wyjaśnia Kinga. - Prawdziwa biżuteria musi być piękna, niepowtarzalna. Przecież przechodzi z matki na córkę, z babci na wnuczkę. Staram się więc robić krótkie serie i każda jest inna.

Kinga chętnie łączy bursztyn ze szlachetnym drewnem, z piórami, wykorzystuje muszle. Zbiera też kijki, patyczki, szyszki. A potem tworzy ważki, żuczki, niezliczone ilości kwiatów. Lubi pracować bez przerwy, po 20 - 30 godzin. Potem wsiada w pociąg i zawozi swoje wyroby do warszawskiej galerii. Zdarza się, że ostatnie czyszczenie oraz dorabianie zapięć odbywa się już w pociągu.

Nie mówi o sobie, że jest bursztynniczką, bowiem w surowcu przebiera. Nie potrafi, a może nie chce pracować w byle jakim materiale. Nie przepada za rosyjskim bursztynem, gdyż jest młody, miękki i w obróbce niewygodny. Najchętniej jeździ na Hel i kupuje bursztyn wyłowiony przez rybaków. Nie potrzebuje go dużo, ale też i spod jej ręki wychodzą istne cacka.

Kinga w młodości marzyła o studiach plastycznych, od dziecka chciała robić biżuterię, ale los spłatał jej figla. Znalazła się na transporcie morskim. Dopiero po latach udaje się jej realizować marzenia. Skończyła szkółkę jubilerską, zdała egzaminy czeladnicze, no i pracuje w biżuterii, ukazując piękno przyrody.

 

Maria Giedz

Copyrigcht © 2013 Kinga Jancelewicz